Tak naprawdę w Monachium chodziło o jedzenie. Przemknęłyśmy przez stare miasto, żeby dotrzeć do Viktualienmarkt i napatrzeć się na te dobrodziejstwa.
Ze względu na porę roku, na głównych uliczkach stoi wiele wózków sprzedających gorące Maroni (kasztany jadalne) oraz osobne wózki dla sprzedawców orzechów zatopionych w cukrze. Spróbowałam kasztanów pierwszy raz w życiu i kompletnie mnie nie urzekły. Najbliżej im w smaku do fasoli "Jaś" (ale były bez masła, więc przegrywają) ze słodkim posmakiem (tym bardziej).
Wystawy na Viktualienmarkt. Mięso na wystawie jest prawdziwe, a w rzędzie było co najmniej 5 sklepów o podobnym asortymencie (i wystawach...).
Sklep z miodem
I gorący miód pitny. Nawet mnie smakował!
To zielone to też ser.
I niemiecki Ordnung wszędzie! Nieprawda z tym porządkiem i punktualnością. Niemiecki odpowiednik Polskiego Busa nagminnie się spóźnia i robi różne inne nieprzyjemności. Ale owocki poukładane były wzorcowo.
Tłumu na zdjeciach nie widać, ale plac był nabity, a w kolejce po wursta (kiełbaskę) z Honigsenf (słodka, miodowa musztarda) i Brezel (precel) trzeba było swoje odstać. Butterbrezel (precel posmarowany w środku grubą warstwą masła, masło - słabość od zawsze na zawsze) to moje główne źródło węglowodanów, comfy food i ogólnie miłość.
Zdjęcie bonusowe dla Mamy zrobiła Martynka.Ślę pozdrowienia.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz